Dimmu Borgir Crew Link

Zdjęcie tygodnia

Zdjęcie tygodnia
Dodała: Daemonicia
Autor: -

Najnowsze wydanie

The Invaluable Darkness
The Invaluable Darkness
Premiera: 2008
Produkcja: Nuclear Blast
Płyty: 2 DVD & 1 CD

Współpraca

TopBilety
Rock Metal Shop
HardRocker
Rocktopia.pl
metalnews.pl

Statystyki

on-line: 2

Dyskografia

align="top" W pewnym momencie kariery niektóre zespoły odnoszą sukcesy. Mogą być to sukcesy chwilowe, gdy hit danego wykonawcy zagości na moment w radiu czy muzycznej telewizji. Lub mogą to być sukcesy, które zapisują się w historii danego gatunku muzycznego. Taki spektakularny triumf odniósł Dimmu Borgir, gdy jego album "Death Cult Armageddon sprzedawał się w USA na równi z płytami wykonawców pop, a w rodzimej Norwegii zawędrował na 2 miejsce list sprzedaży. Symfoniczny, ale Black Metal, muzyka ekstremalna, podszyta szatanem - sprzedająca się jak ciepłe bułeczki. Scena przecierała oczy ze zdumienia, a szczęśliwi włodarze Nuclear Blast liczyli niesłychane profity. Pomijam biadolenie zaplutych ideologicznie undergroundowców, którzy w swym zakompleksieniu niech lepiej zostaną w mrocznych kniejach. Cała scena radowała się z ewidentnego sukcesu EKSTREMALNEJ muzyki - muzyki, którą mamy wszyscy w sercach. Jednak jak napisałem na wstępie, gdy przychodzi sukces przychodzi też chwila próby. Chwila, w której możesz utrzymać swoją pozycję, lub spaść z obleganego przez moment tronu w czeluść zepchnięty przez innych głodnych sukcesu wykonawców. I w takich chwilach mamy do czynienia albo z marketingiem, albo z muzyką wysokiej próby. Szlag mnie trafiał, gdy okazywało się, że Dimmu wespół z Nuclear Blast stawiało na marketing - 4 lata przerwy między świeżymi dokonaniami, z wydaniem reedycji po drodze (obstaje przy swoim - wątpliwej jakości pomysł...). Celebracja sukcesu, spijanie śmietanki, zamiast wzięcia byka za rogi i pójścia za ciosem.... Wszak Iron Maiden potrafili rokrocznie wydawać Złote Płyty... Zniesmaczony czekałem z niecierpliwością na nową muzyczną propozycję norweskich diabłów. Newsy nie napawały optymizmem... Wszak sami norwescy muzycy przyznawali, że wchodzą do studia z nie skompletowanym materiałem! Byłem pełen obaw. Aż po długich 4 latach w końcu wróciłem do domu z pięknie wydaną płyta (ale o tym zaraz) i chwilę potem uspokojony odpłynąłem w muzyczną podróż. Bo muzyka zrekompensowała wszystko.

Po kolei - płyta zaczyna się symfonicznym wstępem (tym razem z klawesyna, szczerze? Czy ktoś czuje różnicę między praską orkiestrą a klawiszem? Bo może ja mam mało rozwiniętą wrażliwość muzyczną ale nie), które swym rozmachem przywodzi na myśl motywy z "Gwiezdnych Wojen"! Strzał w dziesiątkę na samym starcie! Zaraz potem piekielna maszyna załącza średnie tempo...i jedzie nim praktycznie do końca albumu. To dla wielu może być powodem do kręcenia nosem, ale w całości konceptu (bo wszak liryki są ze sobą powiązane) sprawdza się znakomicie. Utwory przechodzą z jednego w drugi, ale nie zlewają się w jedno, oferują różną formę ekspresji w obrębie nie aż tak ekstremalnej gry Hellhammera. Co do produkcji nie ma praktycznie do czego się doczepić - ale taki specjalista jak Nordström po prostu nie może zepsuć swej roboty. Gitary żrą jak trzeba, symfonia nie wybija się przed wiosła aż tak bardzo, wokal słyszalny tak jak i bas. Jedyną rysą jest w moim odczuciu zbyt "komputerowe" brzmienie perkusji, ale cóż, nie można mieć wszystkiego jak rzekł filozof jeden z drugim. Płyta została świetnie wydana, na wzór książki z historią spisaną we wkładce, rozwiniętą w lirykach - które da się przeczytać tylko dzięki załączonemu wewnątrz lusterku. Innowacja panie pełną gębą. Mimo wszystko, koperty na CD i DVD trochę rysują te nośniki, i rozumiem, że miał być "klimat" ale zwykłe "ząbkowe" rozwiązanie było by chyba lepsze. No i czcionka tekstów też jest lekko nieczytelna... No ale jak już mówiłem, stylizacja i klimat ma być! Na koniec zostawiłem kwestię wokalną. Bo o ile na temat muzyki można mieć różne zdania, wszak ludzie mają różne gusta, to na temat formy Shagratha nie ma dyskusji. Rzeczona forma jest życiowa! Charczy, szepcze, pluje jadem, udowadnia, że ekstremalny wokal może być sztuką. Wielki plus mr. Shaggy! Co do Vortexa tym razem jest go mniej, co wychodzi to na plus, jego "krystaliczne" wstawki świetnie kontrastują z zawodzeniem głównego wokalisty.

Mam świadomość, że nie jest to najbardziej lubiana płyta wśród fanów Dimmu Borgir. Mam świadomość, że trzeba spędzić nad nią trochę czasu - co nie jest popularne w dzisiejszych czasach. Mam świadomość, że po prostu "In Sorte Diaboli" idealnie trafiła w moje gusta. I mam świadomość, że to absolutnie genialna płyta Dimmu Borgir. Kolejna.

G. Żurek / Dimmu Borgir Poland

Tytuł: In Sorte Diaboli
Studio: Nuclear Blast
Rok wydania: 2007
Producenci: Fredrik Nordström & Patrik J. Sten
Ocena: 9/10

  • The Serpentine Offering
  • The Chosen Legacy
  • The Conspiracy Unfolds
  • The Ancestral Fever (europejski bonus track)
  • The Sacrilegious Scorn
  • The Fallen Arises
  • The Heretic Hammer (amerykański bonus track)
  • The Sinister Awakening
  • The Fundamental Alienation
  • The Invaluable Darkness
  • The Foreshadowing Furnace
  • Black Metal (cover Venom, japoński bonus track)
  • + DVD Bonus


Tytuł: Stormblåst (Reedycja)
Studio: Nuclear Blast
Rok wydania: 2005
Producenci: Shagrath & Silenoz
Nasza ocena:

5

  • Alt Lys Er Svunnet Hen
  • Broderskapets Ring
  • När Sjelen Hentes Til Helvete
  • Sorgens Kammer - Del II
  • Da Den Kristine Satte Livet Til
  • Stormblåst
  • Antikrist
  • Dødsferd
  • Vinder Fra En Ensom Grav
  • Guds Fortapelse - Apenbaring Av Dommedag
  • Avmaktslave
  • + DVD Bonus

align="top" Dimmu Borgir już lata temu ugruntował swoją pozycję jako fenomu wśród ciżby zespołów parających się ekstremą. Status danego bandu najlepiej określa liczba naśladowców, którzy pojawiają się rychło w czas - udowadniając, że kapela wyprzedziła swój czas, i odniosła sukces, pod który inni chcą się podpiąć. Swego czasu obserwowaliśmy wysyp lokalnych "Dimmu Borgirów" - że wspomnę chociaż rodzime Luna Ad Noctum (swoją drogą świetny zespół! Kiedy nowa płyta?!). W momencie, gdy wszystkie te zespoły myślały co jeszcze można uszczknąć z tortu jakim był styl kapeli, która inspirowała ich wszystkich, Dimmu Borgir mogło spocząć na laurach. Ale Norwegowie nie zasypiali gruszek w popiele, 2003 rok przyniósł przewrót ich twórczości godny przewrotu majowego, po wydaniu omawianej tu "Death Cult Armageddon" nic już nie miało być dla bandu takie same.

Po wydaniu "Enthrone Darkness Triumphant" w 1997 roku zespół ciągle był na fali wznoszącej. Każde kolejne krążki umacniały Dimmu Borgir na pozycji liderów Symfonicznego Czorciego Metalu i powodowały coraz większą nienawiść "trueistów", którzy palili zapewne plakaty Dymków po lasach w ogniskach z szyszek. Czyli krótko - wszystko szło jak należy. Nuclear Blast to firma pod wieloma względami genialna - będąc wciąż niezależną, swoimi wpływami i promocją potrafi przebić niejednego majorsa. Włodarze NB zwęszyli co się kroi i postanowili zagrać vabank. O budżecie na nagrania "Death Cult Armageddon" do dziś krążą plotki - jedno jest pewne przed produkcja, długa sesja nagraniowa, praska orkiestra symfoniczna - tanie to nie było. Ale wszyscy odnieśli sukces większy niż można się było spodziewać - wytwórni zwróciły się pieniądze, a Dimmu odniósł sukces artystyczny. Odważnie pchnęli swoją twórczość dalej, po raz kolejny ukazując plecy peletonowi, myślącemu, że może dogonić lidera.

Ale po kolei. Po złowieszczym wstępie płyta od razu rzuca nas na głęboką wodę, a raczej w głęboką soniczną apokalipsę blastów, które wespół z zawodzeniem Shagratha obiecują sieczkę jakich mało. Jednak już po około 2 intensywnych minutach płyty, naszych uszu dobiega efekt kunsztu i pracy praskich filharmoników. I trzeba zaznaczyć to jasno - ten element wbija w fotel, zrywa napleta z siłą tajfunu, goli włosy z klaty! Delikatne pasaże, czy dłuższe symfoniczne wstawki tym razem oferują coś więcej niźli "strzał z klawisza", mamy do czynienia z otarciem się ze sztuką przez duże Sz. I tutaj następuje ten nie do końca lubiany przez wszystkich element. Zespół nie mógł upchnąć byle gdzie takiego smakowitego kawałka swego nowego oblicza - toteż płyta po momentami jadowicie wściekłym "Alliegance" zwalnia, nabiera powietrza i przestrzeni, i wchodzi w rejony pewnej chwytliwości.Oczywiście nie mam na myśli chwytliwości rodem z MTV, utworów Dimmu nie da się śpiewać do golenia. Płyta w swej strukturze i wciąż karkołomnych aranżacjach zbliża się podskórnie bliżej rock n rolla (Shaggy udowodnił, że ma rockowe serce w Chrome Division) niż starszych albumów. Wielu tej "przebojowości" nowego dokonania Norwegów czepiało się z namiętnością godną młodych kochanków, ale wielu z tych malkontentów już kilka lat potem machało banią do jawnie rockowych "Now, Diabolical" czy "Reinkaos", więc...

Odnośnie produkcji nie ma co za wiele się rozpisywać, bo wszystko żre jak należy - zresztą za taką kasę jaką wybuliło Nuclear Blast gdyby ta płyta zabrzmiała źle to chyba Dimmu wyleciało by z hukiem z ich katalogu. Odpowiedni ciężar gitar, jak zwykle plujący nieprawością i zgorszeniem Shagrath, tym razem momentami wybijająca się ponad muzykę symfonia (czego nie mam za złe). Cud, miód i malina - no ale Dimmu jako zawodowcy przyzwyczaili nas do brzmieniowego perfekcjonizmu.

Ta płyta wywołała nie lada atencję wśród mediów, że wspomnę chociaż fakt, iż była najlepiej sprzedającą się płytą w historii Nuclear Blast. W rodzimej Norwegii doszła do 2 miejsca zestawienia list sprzedaży jako pierwszy Black Metalowy zespół (sukces powtórzyło Satyricon w 2006 roku... a następnie rok potem Dimmu zawitało na miejscu no.1). Wielu wyśmiewało tą płytę, czy tam "kurwiki" w oczach Shagratha w teledysku do "Progenies...". Przyznaję sam nie od początku szalałem za tą płytą - jest długa, i trzeba było po prostu przy niej usiąść i wychwycić smaczki, zrozumieć ją. Ale każda minuta spędzona z "Death Cult Armageddon" gdy już człowiek "pogodzi się" z tym albumem to minuta obcowania z muzyką najwyższej próby.

G. Żurek / Dimmu Borgir Poland

Tytuł: Death Cult Armageddon
Studio: Nuclear Blast
Rok wydania: 2003
Producenci: Dimmu Borgir
Ocena: 8/10

  • Allegiance
  • Progenies Of The Great Apocalypse
  • Lepers Among Us
  • Vredesbyrd
  • For The World To Dictate Our Death
  • Blood Hunger Doctrine
  • Allehelgens Død I Helveds Rike
  • Cataclysm Children
  • Eradication Instincts Defined
  • Unorthodox Manifesto
  • Heavenly Perverse


Tytuł: World Misanthropy
Studio: Nuclear Blast
Rok wydania: 2002
Producenci: Dimmu Borgir
Nasza ocena:

4

  • Masses For The New Mesiah
  • Devil's Path (Re-recording)
  • Blessings Upon The Throne Of Tyranny
  • Kings Of The Carnival Creation
  • Puritania
  • Indoctrination


Tytuł: Alive In Torment
Studio: Nuclear Blast
Rok wydania: 2001
Producenci: Peter Tägtgren In Abyss Studio
Nasza ocena:

4

  • Tormentor Of Christian Souls
  • The Blazing Monoliths Of Defiance
  • The Insight And The Catharsis
  • Puritania
  • The Maelstrom Mephisto

align="top" Ten tekst będzie dla Was nie lada niespodzianką. Bo oto czytacie recenzję lubianej wśród fanów płyty Dimmu Borgir na fan-sicie, w której wyleje się jad, gorycz i niejedne cierpkie słowo. Zaintrygowałem oburzonych, bliżej niesprecyzowanym początkowym atakiem, fanatyków norwegów ? Mam nadzieję. Let the show begins.

W 2001 roku kariera popularnych Dymków stanęła w krytycznym punkcie. Wykrystalizował się nowy skład, co zawsze oznacza nieznane w bliższej przyszłości. Muzycznie, w terytoriach które eksploatowali, wyczerpali większość zasobów niczym górnicy na Śląsku. A chłopaki zawsze mieli opinię muzyków poszukujących niebagatelnych rozwiązań, nie stojących w miejscu. I tak to jest, gdy zespół zamiast spocząć na laurach i zacząć wygrzewać dupsko na okupowanym od lat tronie zaczyna szukać na siłę. Ale co jest? No właśnie - muzyka, która rodzi wątpliwość. A pomyśleć, że AC/DC czy Motorhead od lat grają to samo i nic nikomu udowadniać nie muszą... No nic, kwestia ambicji.

Zanim przejdę do spraw stricte muzycznych zacznę od produkcji. Nie wiem, Norwegowie chcieli zrekompensować udziwnianie swojej czarnej muzyki tradycyjnym brzmieniem z lasu? Jak już pisałem, nie wiem. Wiem za to, że słuchając "Puritanical Euphoric Misanthropia" muszę mocno się wysilać, by usłyszeć wokal, ujmę to w pełnym, szerokim zakresie. Perkusja Nicka Bakera jest, jestem absolutnie pewien, w całości "ztriggerowana". Brzmi jak automat, nie słychać w niej analogicznej mocy dawnych nagrań, gdy każde uderzenie pałkera zostawiało otwarte rany na ciele. Gitary rzężą gdzieś tam sobie w tle. A całość ustępuje pola symfonii. I tu przejdę do dalszego opluwania, tym razem muzyki. Rzeczona symfonia (mamy tu do czynienia z symbiozą orkiestry i Mustisa) w rozpoczynającym album intro jeszcze ma prawo bytu. "Fear and Wonder" wręcz wywołuje ciarki tam gdzie trzeba dając złudną nadzieję na dzieło wybitne. Ale już gdy zaczynają się regularne utwory coś jest nie tak. Orkiestra dosłownie zalewa całość. Coś co powinno dodawać smaczku, uzupełniać muzykę, kontrastować ją, tworzyć klimat, rządzi dziełem. I gdy brzmi w sposób konwencjonalny jeszcze człowiek jest to w stanie przeżyć. No ale gdy w "Kings of Carnival Creation" przaśnie obraża wręcz świetną grę gitar, albo w "Puritanii" bawi się na siłę w pseudoindustrial, to scyzoryk w kieszeni się otwiera. Aranżacyjnie panowie położyli też kilka świetnie zapowiadających się numerów. Czyżby chłopaki nasłuchali się Dream Theater? Pseudo - progresywne rozwinięcie np "Hybrid Stigmata - The Apostasy" woła o pomstę do piekła. Utwór skrócony o parę zagrywek urwał by co trzeba. Zresztą najlepiej przemawia w tej sprawie sama muzyka. Najbardziej bronią się najmniej udziwnione kawałki - jak np. "Sympozium". Kwestię formy muzyków omijam z pełną świadomością - produkcja nie pozwala mi wyłapać pełni niuansów gry instrumentalistów. Choć z tego co słyszę, Silenoz i Galder dali radę tworząc partię zarówno jadowite jak i melodyjne. Wokaliści również ujdą, choć jak na Shagratha opcja "ujdzie" to wiele za mało.

Niby są tu blasty i powiew z mrocznej kniei ale całość oddala się niebezpiecznie od stylistyki Black Metalowej. To mniej więcej tutaj Dimmu Birgir nabrał nowego kierunku - symphonic extreme metal. Jednak całe szczęście, że panowie zrewidowali co trzeba, i na następnych albumach stylistyka rzeczona pozbawiona została wspomnianych błędów omawianej tutaj płyty. Po całym potoku narzekań i jęczenia zdziwi pewnie relatywnie wysoka nota jaką postawiłem. Otóż, jednak do odważnych świat należy. Bez tej płyty nie było by "Death Cult Armageddon" i "In Sorte Diaboli". Mimo wszystko, to album przełomowy, który pomimo ewidentnych braków przyjął się wśród fanów zespołu. A to najlepsza próba czasu dla wydawnictw muzycznych.

G. Żurek / Dimmu Borgir Poland

Tytuł: Puritanical Euphoric Misanthropia
Studio: Nuclear Blast
Rok wydania: 2000
Producenci: Dimmu Borgir & Fredrik Nordström
Ocena: 8,5/10

  • Fear And Wonder (Intro)
  • Blessings Upon The Throne Of Tyranny
  • Kings Of The Carnival Creation
  • Hybrid Stigmata - The Apostasy
  • Architecture Of A Genocidal Nature
  • Puritania
  • IndoctriNation
  • The Maelstrom Mephisto
  • Absolute Sole Right
  • Sympozium
  • Perfection Or Vanity
  • Devil's Path (Re-recording)
  • Burn In Hell (Twister Sister cover)

align="top" Rok 1999 przynosi nam kolejne dziecko Dimmu Borgir noszące tytuł "Spiritual Black Dimensions". Krążek po raz kolejny wydany pod szyldem Nuclear Blast. Wydawnictwo to osiąga znaczący sukces, a utwór pt. "Grotesquery Conceiled" zdobywa nagrodę Norwegian Grammies, Nowy album składa się z dziesięciu kompozycji, a wszystko razem tworzy około pięćdziesiąt minut metalowego szaleństwa. Przy nagrywaniu czwartego longplay Dimmu Borgir zespół wspomaga basista ICS Vortex.. Zajął się on nagraniem czystych wokali, które od czasu do czasu pojawiają się na płycie. Dzięki niemu album jest bardziej urozmaicony i zawiera więcej smaczków. Podstawowy skład zespołu zasila także Mustis. Odpowiedzialny jest on za instrumenty klawiszowe, które na "Spiritual Black Dimensions" zagrane są na światowym poziomie! Zaczynają dominować w niektórych kawałkach nadając utworom Mglistej Twierdzy głębi i swego rodzaju niepokoju zionącego z ich muzyki. Takie partie klawiszy jak te znajdujące się choćby w utworze "The Insight and the Catharsis" sprawiają, że aż ciarki chodzą po plecach. Słuchacz niemal czuje smród i niepokój dźwięków wydobywających się z odtwarzacza! Za główną ścieżkę wokalną odpowiedzialny jest Shagrath. Oczywiście tego co wydobywają ze swoich strun głosowych wokaliści black metalowi nie da się tak łatwo opisać. To trzeba usłyszeć! Dźwięki jakie produkuje pan Stian Thoresen po prostu trafiają prosto w twarz i wyrządzają trwały uraz w psychice. Wykrzyczane, wycharczane, wyrzygane przez niego teksty trafiają bezpośrednio do słuchacza czy tego chce czy nie. Jeśli chodzi o pozostałych muzyków biorących udział w nagraniach to właściwie nie ma się co rozpisywać – Silenoz (gitara), Tjodlav (perkusja), Astennu (gitara) wykonali kawał dobrej roboty i wszystko co stworzyli jest świetne! Jak to zazwyczaj bywa lubię mocno posłodzić swoim ulubionym zespołom i nie zawsze jestem bezstronny. Jednak na tym albumie jest coś co od razu nas drażni... Brzmienie gitar jest bynajmniej w moim odczuciu gówniane jak na zespół o takiej renomie. Szczęściem w nieszczęściu są fakty, że to właściwie jedyna rzecz do której można się przyczepić oraz to, że tak świetne riffy nawet z dupnym brzmieniem dają radę. Na koniec mojej recenzji chciałbym was zapewnić, że album jest wystarczająco agresywny i szybki by zadowolić fana cięższych gatunków. Jednocześnie "Spiritual Black Dimensions" jest przystępnym i łatwym w odbiorze albumem dla fanów nieco łagodniejszych gatunków muzyki metalowej!

Tytuł: Spiritual Black Dimensions
Studio: Nuclear Blast
Rok wydania: 1999
Producenci: Peter Tagtgren & Dimmu Borgir
Ocena: 9/10

  • Reptile
  • Behind The Curtains Of Night
  • Phantasmagoria
  • Dreamside Dominions
  • United In Unhallowed Grace
  • The Promised Future Aeons
  • The Blazing Monoliths Of Defiance
  • The Insight & The Catharsis
  • Grotesquery Conceiled
  • Arcane Life Force Mysteria

align="top" Ciężko jest pisać obiektywnie o płycie którą się uwielbia. Bałam się wkładając płytę do odtwarzacza. I co się okazało? Bezpodstawnie. Mini album, stanowiący łącznik pomiędzy "Spiritual Black Dimensions" a wielkim "Enthrone Darkness Triumphant" upewnił mnie, że Norwegowie w wielkiej formie niewątpliwie są. Po pierwszym, zupełnie odruchowym stwierdzeniu, że ów mini-album zrobiony został z rozpędu i tylko po to by zapchać dziurę pomiędzy dwiema płytami, otrząsnęłam się i skupiłam na muzyce, odkładając zupełnie marketingowe rozmyślania. Na start dostaliśmy wielki i dumny "Moonchild Domain". Jeden z dwóch nowych kawałków na płycie. Utwór genialny w swoim klimacie, podniosły i spójny. Słuchając go nie mogłam odnaleźć choćby jednego wątku, do którego mogłabym się przyczepić. Niektórzy mogą powiedzieć że jest to kawałek nieco chaotyczny i nieuporządkowany, spotkałam się i z takimi opiniami. Mnie jednak chaos ten wydaje się być kontrolowany i zamierzony. Duży plus za mroczny rytm i powiew erotyzmu (skąd to skojarzenie u mnie... zupełnie nie wiem). Kolejny kawałek, znany już z debiutanckiej "For All Tid" – "Hunnerkongens Sorgsvarte Ferd Over Stepp", mile mnie zaskoczył. Okazał się być głębszy i potężniej brzmiący od oryginału. Szybko, brutalnie i esencjonalnie wirujące gitary – klękajcie narody, po prostu huraganowy wiatr, łagodzony subtelnie pulsującym dźwiękiem klawiszy. Nic dodać, nic ująć.

Następny na liście był "Chaos Without Proprecy", drugi premierowy utwór. Ah, jakże ja kocham tak skomponowane pieśni. Na wstępie dostajemy gwałtowny, potężny cios i zapadamy się w mrok. Wykrzyczany z nienawiścią i strachem tekst o królu siejącym tytułowy chaos, wspierany czającymi się gdzieś z tyłu klawiszami, popędzany hipnotyzującym rytmem gitar i perkusji przenosi nas w mroki średniowiecznych walk o władzę. Rewelacja. Przecudna, tchnąca smutkiem kompozycja "Raabjorn Speiler Draugheimens Skodde" daje nam chwilę oddechu. Wątpliwą chwilę oddechu. Dlaczego? Ten utwór, znany już z debiutanckiego albumu, brzmi zawsze profesjonalnie. Rozpaczliwie smutne, tęskne dźwięki, poczucie beznadziei i gwałtowne przebudzenie – to atut niewątpliwy. Oczyma wyobraźni można zobaczyć wojownika biegnącego do zwycięstwa i wolności.

Lekki zgrzyt. Cover "Metal Heart" grupy Accept. I po co to komu było potrzebne? Co panowie z Dimmu Borgir chcieli osiągnąć nagrywając tą piosenkę? Owszem, brzmi bardzo dobrze, potężnie i ogólnie robi naprawdę świetne wrażenie. Ale pozostaje niesmak. Po co to było? Czuje się że to nie jest ich stylistyka, nie ich bajka i zupełnie niepotrzebna przygoda. No ale to moje wredne czepianie się... A teraz sedno płyty – trzy koncertowe utwory, nagranie – ku radości Polskich fanów – podczas koncertu w Krakowie w 1998 roku. "Stormblast", "Master of Disharmony" oraz "In Death's Embrace" brzmią tak, jak powinny brzmieć genialne utwory potężnej kapeli – miażdżą, rozrywają, są szybkie, brutalne, brudne i surowe, a jednocześnie urzekają liryką (eh, te klawiszowe czary).

Słowem zakończenia – wydawnictwo bardzo dobre i wciągające. Pomimo coverowego zgrzytu, zasługujące na najwyższą ocenę.

Daemonicia / Dimmu Borgir Poland

Tytuł: Godless Savage Garden
Studio: Nuclear Blast
Rok wydania: 1998
Producenci: Peter Tagtgren & Dimmu Borgir
Ocena: 10/10

  • Moonchild Domain
  • Hunnerkongens Sorgsvarte Ferd Over Steppene
  • Chaos Without Prophecy
  • Raabjorn Speiler Draugheimens Skodde
  • Metal Heart (Accept cover)
  • Stormblast (live)
  • Master Of Disharmony (live)
  • In Death's Embrace (live)

align="top" Nie lubię się rozpisywać nad niepotrzebnymi detalami, wiec będzie konkretnie. Pierwsze moje zetknięcie z trzecią studyjną płytą Norwegów miało miejsce na szkolnym korytarzu. Kumpel podleciał do mnie cały w skowronkach i podsunął mi pod oczęta świeżutką, jeszcze ciepłą, pachnącą nowością płytkę. Rzut źrenicą na okładkę i pierwsza myśl – imperator... Obraz mroczny i tchnący jednocześnie siłą. Zapłonęłam z ciekawości – czy zawartość płyty będzie równie potężna jak obiecywała jej okładka? Ciekawość nie dawała mi spokoju przez resztę lekcji. Kiedy w końcu dotarłam do mej pieczary, wsunęłam płytę do odtwarzacza i zapadłam się w fotel. Taki już mój zwyczaj... Kilka sekund później zaczęła się magia... "Mourning Palace" uderzyło we mnie z siłą huraganu. Monumentalne, wielkie i potężne brzmienie organów przez chwilę odebrało mi oddech, niczym profesjonalny cios boksera. Palce Stiana Aarstada wyczarowały klimat rodem z horrorów E.A. Poe. Wejście gitar i uderzenie Tjodalva, połączone z rykiem Shagratha wywołało na moich ustach szeroki uśmiech. Jeżeli tak się zaczyna, jakże może być dalej? Kolejne nagranie zupełnie wytrąciło mnie z równowagi. Ponownie na pierwszym planie pojawiły się organy – widać było że zespół postawił na klimat i siłę, jaką daje połączenie klasycznych dźwięków z agresywnym brzmieniem gitar i prędkością perkusji. "Spellbound (by the devil)" wprost tą siłą ociekało. Wściekły wokal Shagratha wiercił me uszy okrutnie a jednocześnie fascynował i przyciągał. Jest to mój absolutny faworyt z tej płyty – za grozę wokalu, hipnotyzujący rytm perkusji, wspaniale współgrający z gitarami, a przede wszystkim za "cudowny" nastrój, który tworzył mistrz klawiszy Stian A. Przy kolejnym kawałku lekko się zastanowiłam. Czy to możliwe żeby muzyka płynęła? "In Deaths Embrace" zdawało się wirować, falować, kręcić... Pojawiło się dziwne skojarzenie z wartkim górskim strumieniem. Muzyka po prostu otaczała mnie, opływała, uderzała we mnie. Objęła mnie niczym tytułowa śmierć – melodyjnie, miękko... "Relinquishment of Spirit and Flesh" podziałało niczym mocna kawa o poranku – pozwoliło mi się ocknąć z rozmarzenia po poprzednim kawałku. Nie od razu oczywiście – Aarstad najpierw uśpił moją czujność, po to by za chwilę uderzyć mnie w głowę z prędkością orkanu. Wszystko w tym kawałku pasowało do siebie niczym kawałki skomplikowanej układanki. Nie mam się do czego przyczepić – po prostu potęga!

Zapadałam się coraz głębiej w fotel. Wokół powiało mroźnym wiatrem z norweskich gór. Ciemność zdawała się gęstnieć i wypełniać melancholią i tęsknotą – ale skąd to ostatnie skojarzenie to zupełnie nie mam pojęcia. "The Night Masquerade" było dla mnie lekkim zwolnieniem tempa. Muzycy wyhamowali i położyli nacisk na nastrój. Po prostu poezja... "Tormentor of Christian Souls"... Ah, jakże to było cudowne uczucie, gdy odchyliłam głowę do tyłu i pozwoliłam muzyce płynąć przez me uszy. Bębenki zostały zmiażdżone i udręczone – zgodnie z tytułem. Dodatkowym atutem tego nagrania jest wielce odważny i bluźnierczy tekst... Chwila wytchnienia, gdy z głośników popłynęły dźwięki "Entrance". Może się powtarzam, ale po raz kolejny pomyślałam o tym, jak potężnie brzmią kolejne nagrania z tej płyty. Melodia tej piosenki zdawała się migotać i drżeć, dając jednocześnie posmak brutalnego północnego landu. Przed oczyma miałam obraz statku, który odpływa od brzegu a członkowie załogi wpatrują się w coraz bardziej oddalający się ląd... Eh, te moje literackie obrazki...

Po zniewalającym secie piorunującej muzyki "Master of Disharmony" troszkę mnie rozczarował. No, może nie rozczarował. Zdziwił. Ten utwór jest surowy, dziki, prosty. Nie ma w nim aż tyle organowych brzmieć co u poprzedników. Nie są one tak wypchnięte na pierwszy plan. Ale może to i dobrze... Przecież coś musi być troszkę inne... Porównując do majestatycznego klimatu poprzednich utworów, "Prudences Fall" zdaje się być biegiem ku mecie. Szybko, coraz szybciej. Panowie zdawali się spieszyć, tylko powstaje pytanie – do czego? Nagranie bardzo dobre, spójne, wręcz miażdżące. Jego zakończenie – bajkowe. Więc po co komu był ten pośpiech na początku? Końcowy akcent... "A Succubus in Rapture" ukołysało mnie i rozgrzało niczym szklanka dobrego, mocnego wina. Myślałam że nie jest możliwe abym mogła zachwycić się czymś bardziej niż czarem tej melodii. Myliłam się. Miłość od pierwszego wejrzenia. Ha, raczej odsłuchania. Znowu na pierwszy plan wyszły klawisze, co niewątpliwie jest największą zaletą ostatniego kawałka płyty.

Podsumowując... "Enthrone Darkness Triumphant" jest płytą wybitną pod każdym względem. Miażdży siłą, surowością dźwięku, rozdziera nasze bębenki wrzaskami Shagratha, strzela nas perkusją Tjodalva, sprowadza do parteru wichrem gitar Silenoza i Nagasha oraz kołysze talentem Stiana Aarstada.

Daemonicia / Dimmu Borgir Poland

Tytuł: Enthrone Darkness Triumphant
Studio: Nuclear Blast
Rok wydania: 1997
Producenci: Peter Tagtgren
Ocena: 9/10

  • Mourning Palace
  • Spellbound (by the devil)
  • In Death's Embrace
  • Relinquishment Of Spirit And Flesh
  • The Night Masquerade
  • Tormentor Of Christian Souls
  • Entrance
  • Master Of Disharmony
  • Prudence's Fall
  • A Succubus In Rapture
  • Raabjørn Speiler Draugheimens Skodde

align="top" Rok 1996 przyniósł fanom popularnych Dymków dwa wydawnictwa. Pierwsze - duża płyta "Stormblast" kontynuowała ścieżkę wyznaczoną przez debiut. Drugie - EPka "Devil's Path" mimo iż posiadała tylko dwa premierowe utwory, wyznaczyła nowy kierunek w muzycznej ewolucji norwegów.

Całość mini albumu to jakby zapowiedź "Enthrone Darkness Triumphant". Karkołomne aranże pełne są sączącego się zewsząd mroku. Tradycyjny black metal ufryzowany jest klimatyczną grą syntezatora (ciekawostka - to Shagrath strzela z klawisza). Pierwsze skrzypce grają tu jednak jadowite gitary, rzężące i piłujące na ówczesną modłę ad majorem sathanas gloriam. Nie brak tu jednak zapamiętywalnych motywów, całość nie jest chaosem a przemyślaną całością. I to właśnie zostało głównym przymiotem w twóczości Dimmu Borgir - inteligencja, pomyślunek. Gdy inne zespoły, kolokwialnie nazwę - dalej nawalały, norwegowie dbali, by ich sztańska sztuka wciąż pozostała MUZYKĄ.

Rzec można, że ta trudna obecnie do zdobycia EPka, to niestotne wydawnictwo w przepastnej dyskografii zespołu. Nic bardziej mylnego. To tutaj Dimmu Borgir pierwszy raz pokazali się z wyrafinowanej strony. Od "Devil's Path" zaczął się zwycięski pochód Dymków po tytuł imperatrów symfo black metalu.

G. Żurek / Dimmu Borgir Poland

Tytuł: Devil's Path
Studio: Hot Records
Rok wydania: 1996
Producenci: Dimmu Borgir & Marius Ryen
Ocena: 9/10

  • Master Of Disharmony
  • Devil's Path
  • Nocturnal Fear (Celtic Frost Cover)
  • Nocturnal Fear (Celtically processed)

top
Tytuł: For All Tid (re-relase version)
Studio: Nuclear Blast
Rok wydania: 1996
Producenci: Dimmu Borgir
Nasza ocena:

5

  • Det Nye Riket
  • Under Korpens Vinger
  • Over Bleknede Blåner Till Dommedag
  • Stien
  • Glittertind
  • För All Tid
  • Hunnerkongens Sorgsvarte Ferd Over Steppene
  • Raabjorn Speiler Draugheims Skodde
  • Den Glemte Sannhets Herskar
  • Inn I Evighetens Morke (Part. I)
  • Inn I Evighetens Morke (Part. II)

align="top" Rok 1996 wydał na świat drugi album "Mglistej Twierdzy”. Krążek brutalniejszy, szybszy i dojrzalszy od debiutu. Tytuł nowego dzieła doskonale ujawnia to co napotkają nasze uszy po włożeniu płyty do odtwarzacza. "Stormblåst" to iście diabelska "burza” dźwięków. Połamane rytmy i ciągle zmienne tempa. Na album składa się dziesięć kompozycji utrzymanych w agresywnym, black metalowym klimacie. Po odtworzeniu płyty, pierwszym utworem jaki usłyszymy jest "Alt Lys Er Svunnet Hen”. Zaczyna go niepokojąca partia klawiszy. Dźwięki otwierające kompozycję od razu zachęcają słuchacza do zgłębienia zawartości. Po upływie lekko ponad minuty pojawiają się gitary, perkusja wybija swój stały rytm i po chwili wchodzi wokal. I teraz wszystko jest jasne. Muzyka jaką serwują nam panowie to świetne, połamane, chaotyczne dźwięki dopełnione nutą symfonii. Kolejnym utworem na płycie jest "Broderskapets Ring”. Kompozycja ta jest utrzymana w średnich tempach. Charakterystyczny riff, jadowity wokal przeplata się tutaj ze wstawkami klawiszowymi i melorecytacją. Po ucichnięciu ostatnich dźwięków "Broderskapets Ring” rozpoczyna się "Når Sjelen Hentes Til Helvete”. Utwór od samego początku wita nas podniosłą i dość szybką muzyką. Po pewnym czasie gitary ciągną jeden melodyjny riff, a perkusja wybija wciąż te same rytmy. I wtedy wchodzi wokal. Bardziej szalony niż w poprzednich kompozycjach. Po upłynięciu około półtorej minuty muzyka zamiera i pojawia się bardzo ciekawa partia klawiszy, która po chwili przerywana jest ponownym wybuchem muzyki.Tym razem utrzymanej w szybszym tempie. I nadchodzi czas na majstersztyk "Sorgens Kammer”. Utwór pełen niepokoju i nastroju grozy. Jest tajemniczy i brudny. Następnie przez odtwarzacz przewijają się nam kolejne utwory. Warto zwrócić tu uwagę na tytułowy "Stormblåst” czy dziwaczny "Antikrist”. Ostatni utwór "Guds Fortapelse - Åpenbaring Av Dommedag” zaczyna się bardzo ciekawym symfonicznym wstępem, na który warto tutaj zwrócić uwagę, gdyż jest to niewątpliwie świetny smaczek na tym wydawnictwie. Podsumowując "Stormblåst” to wspaniała, kultowa płyta po którą polecam sięgnąć każdemu fanowi black metalowego szaleństwa. Album brutalniejszy od debiutu, ukazuje kunszt i niebywały talent muzyków.

Tytuł: Stormblåst
Studio: Nuclear Blast
Rok wydania: 1996
Producenci: Dimmu Borgir & Good Time Charlie
Ocena: 9/10

  • Alt Lys Er Svunnet Hen
  • Broderskapets Ring
  • Når Sjelen Hentes Til Helvete
  • Sorgens Kammer
  • Da Den Kristine Satte Livet Til
  • Stormblåst
  • Antikrist
  • Dødsferd
  • Vinder Fra En Ensom Grav
  • Guds Fortapelse - Apenbaring Av Dommedag

align="top" For All Tid jest debiutanckim albumem Dimmu Borgir. Cóż takiego zaprezentował nam ten black metalowy zespół? Jak mówi sam tytuł – muzykę „Po wsze czasy”. Album kipiący młodzieńczą pasją i wściekłością muzyków. Dzieło do którego fani powracają bez zażenowania od lat. Sądzę, że te słowa doskonale ukazują nam co kryje się na pierwszym krążku "Mglistej Twierdzy". Album otwiera instrumentalny utwór, który można potraktować jak swego rodzaju Intro. W tym kawałku czuć ducha norweskiej sceny metalowej. Jest bardzo tajemniczy i wciągający słuchacza w płytę wraz z każdą kolejną sekundą. Klawisze w tym utworze budzą nastrój grozy, niezbadanej rzeczywistości, która unosi się nad muzyką Dimmu Borgir od początku aż do końca. Kolejny utwór noszący tytuł "Under Korpens Vinger" to kompozycja ukazująca nam styl jaki obrała grupa. Chwytliwe riffy, narastająca z każdą sekundą niepokojąca atmosfera i wypluwający płuca wokalista. Cała kompozycja jest utrzymana w średnich, niekiedy wolnych tempach. Po kompozycji numer dwa ni z stąd ni z zowąd atakuje nas szybsza, wyraźniejsza muzyka ze spaczonym czystym wokalem. Niestety Silenoz nie potrafi śpiewać i robi to w okropnym stylu. Wokal w tym utworze strasznie drażni moje uszy i sprawia, że mimo dobrej warstwy muzycznej nie jestem w stanie słuchać tego utworu. Kompletnie nie pasująca w tym miejscu kompozycja z tragicznym wokalem... a początek był taki obiecujący... Czas na krótki bo dwuminutowy utwór pt. "Stien". Utwór jakby ratuje mój zniesmaczony gust po poprzedniej kompozycji. Jest szybki, a wokalista ponownie skrzeczy aż miło! Kompozycja jest bardzo ciekawa i nastrojowa. Po Stien przychodzi czas na "Gllitertind". Utwór rozpoczyna się świetną partią klawiszy, narastającą wraz z upływem czasu. Po kilku sekundach już słyszymy wokalistę, który ku mojej uciesze ponownie postanawia wykrzyczeć kilka norweskich słów dla szatana. Po niespełna minucie nasze uszy atakuje świetny i wżynający się w pamięć słuchacza riff przeplatany partiami klawiszy. Utwór w swojej średniej szybkości i wspaniałym klimacie wałkuje się przez trochę ponad pięć minut i musi się podobać! Czas na tytułowy kawałek. Rozpoczyna się on bardzo chłodno i tajemniczo. Muzyka utrzymuje nas w napięciu by po pewnym czasie odkryć tajemnicę i kopnąć słuchacza między oczy. Ponownie można usłyszeć świetne partie gitar i bardzo dobry growl. Po ucichnięciu ostatnich nut "For All Tid" rozpoczyna się kawałek o tytule "Hunnerkongens Sorgsvarte Ferd Over Steppene". Utwór utrzymany w podobnym stylu co reszta. Nic nowego. To samo tyczy się "Raabjørn Speiler Draugheinmens Skodde". Utwory te są utrzymane w takiej samej sekwencji i nie zaskakują już tak bardzo jak poprzednicy. Album zamyka bardzo ciekawa sześciominutowa kompozycja. Jej początek to długi instrumentalny wstęp z nastrojowymi partiami klawiszy. Następnie w ruch wchodzi szybka perkusja, ostry riff i skrzeczący ponad tym wokal. Utworu słucha się przyjemnie choć momentami zdaje się zbyt mocno wlec... "For All Tid" to niewątpliwie kultowy album doskonale rozpoczynający karierę Dimmu Borgir. Jednak nie jest to album rewelacyjny – ma swoje wady, które nie pozwalają mi dać wyższej oceny.

Tytuł: For All Tid
Studio: Nuclear Blast
Rok wydania: 1994
Producenci: Fredrik Nordström & Patrik J. Sten
Ocena: 7/10

  • Det Nye Riket
  • Under Korpens Vinger
  • Over Bieknede Blåner Till Dommedag
  • Stien
  • Glittertind
  • För All Tid
  • Hunnerkongens Sorgsvarte Ferd Over Steppene
  • Raabjorn Speiler Draugheims Skodde
  • Den Gjemte Sannhets Herskar